W poprzednim artykule z serii przyjrzeliśmy się narodowym kryptowalutom. Dziś zwrócimy uwagę na dużo ważniejsze zagadnienie. Mianowice na to, jak kryptowaluty i ich technologia wpływają na finansowanie polityki.

KryptoPrezydent!

John McAfee chce być prezydentem USA. I to po raz drugi. Pierwszy raz ekscentryczny milioner walczył o amerykańską prezydenturę w czasie ostatnich wyborów na ten urząd.

Teraz jednak ta kwestia powinna szczególnie zainteresować kryptowyborców. Dlaczego? Twórca popularnego oprogramowania antywirusowego chce dzięki temu „służyć kryptowalutom”.

I zapewne liczy też na elektorat osób, które popierają Blockchain i projekty oparte na tej technologii. Stąd zapewne buńczuczna zapowiedź założenia własnej partii politycznej, w razie, gdyby Partia Libertariańska nie chciała poprzeć go w biegu do Białego Domu.

Czy McAfee ma jakiekolwiek szanse w tym wyścigu? Sam przyznaje, że… nie. Nie trudno odnieść też wrażenia, że kampania prezydencka będzie dla niego raczej promocją jego własnej osoby, a nie realną walką o najważniejszy fotel w Stanach Zjednoczonych.

Zapewne biznesmen będzie chciał też sfinansować swoją kampanię za pomocą kryptowalut. I w tym momencie dochodzimy do sedna sprawy.

Politycy, którzy lubili btc, zanim stało się to modne.

McAfee to McAfee. Jaki jest, każdy widzi. Nie o nim będzie tu jednak mowa. Postaramy się w tym tekście bowiem trochę odkłamać wizerunek polityków, jako ludzi nienawidzących kryptowalut i Blockchaina.

Gdy więc  następnym razem ktoś będzie wam próbował wmówić, że osoby parające się polityką chcą dla bitcoina i jemu pochodnych tylko źle, pomyślcie o Mathiasie Sundinie, Adrianie Wyllie, Lucasie Overby, Chrisie Holbrooku czy Gregu Abbott’cie. Wszyscy finansowali swoje kampanie za pomocą btc. Ostatni trzej startując do amerykańskiego Kongresu, Wyllie walcząc o fotel gubernatora Florydy.

Szwedzki polityk Sundinie zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie. Przeszedł już do historii, jako ten parlamentarzysta, który zbierał środki na swoją walkę wyborczą tylko w postaci bitcoinów. I co ciekawe – to zadziałało!

Reprezentujący liberalną centro-prawicę polityk został w 2014 r. zaprzysiężony na parlamentarzystę. W wywiadach opisywał też swoją drogę do zrozumienia kryptowalut:

Na początku widziałem tylko negatywne nagłówki na temat Bitcona i myślałem, że to rodzaj jakiegoś spekulacyjnego balona. Wtedy zacząłem o nim czytać i zrozumiałem, że ma potencjał, by zmieniać świat.” O tym, że nie były to czcze słowa, świadczą nie tylko jego późniejsze działania polityczne, ale też fakt, że był jednym z głównych mówców w czasie Blockchain & Bitcoin Conference Stockholm w minionym roku. Nie wiadomo tylko, czy polityk nie roztrwonił swoich bitcoinów na rozkosze podniebienia. „Zdałem sobie sprawę, że mogę zamówić pizze i płacić w BTC, wtedy byłem już cały za tym.”

Przyznał w jednym z wywiadów opowiadając o punkcie przełomowym w swojej edukacji kryptowalutowej.

Kandydat na prezydenta zbiera btc.

Jak się okazało, wydarzenia z powyższych akapitów były tylko preludium. Na wsparcie ze strony kryptowalutowców liczył też Gary Johnson.

Dwukrotny gubernator stanu Nowy Meksyk, gdy podjął decyzję o kandydowaniu na prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2016 r., ogłosił, że zbiera datki także w bitcoinach. Choć – jak dziś wiemy – Johnson przegrał walkę zHilary Clinton i przede wszystkim Donaldem Trumpem, cieszył się całkiem wysokim poparciem w sondażach i z pewnością przysłużył popularyzacji bitcoina w USA.

ICO dla polityka?

Wróćmy ponownie do sympatycznego Szweda. Sundinie mógłby przy kolejnej kampanii wykorzystać pomysły Polaka. Youtuber Szczepan Bentyn popularyzuje w naszym kraju idee tokenów personalnych. Na co one politykom? Bentyn odpowiada:

Każdy polityk zdany jest dzisiaj na łaskę opinii publicznej, o której zaufanie walczy i zabiega. Jednak z ekonomicznego punktu widzenia, polityk to też człowiek, który ma swój interes, ale również reprezentuje interesy swoich “inwestorów”. Bo nie zdobędzie się władzy bez kapitału. Jednym z najciekawszych aspektów tokenów personalnych dla polityków jest rozproszenie zobowiązania tj. jeśli polityk sfinansował się za pomocą ICO, to czuje zobowiązania do setek lub tysięcy – możliwe, że anonimowych – ludzi, którzy zainwestowali w jego token, a nie wobec niewielkiej grupy prywatnych inwestorów, którzy wparli jego kampanię. Takie rozproszenie zobowiązania może mieć dobry wpływ na jego działalność, gdyż reprezentuje interesy większej i rozproszonej grupy.”

Jaki może mieć to realny wpływ na funkcjonowanie wybrańców narodów? Zdaniem Bentyna wchodzimy wtedy na zupełnie nowy etap polityki i skrzyżowania jej z ekonomią:

„Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy zaistnieje już rynek personalnych tokenów polityków, ponieważ wkraczają tu mechanizmy rynkowe. Jeśli na rynku dostępnych jest kilkaset tokenów osób rządzących lub aspirujących do posiadania władzy, to okaże się, że rynek będzie dużo trafniej przewidywał wyniki wyborów. Jednocześnie tokeny notowane na giełdach dają władzę inwestorom i posiadaczom tokenów. Jeśli popularność i wpływy jakiegoś polityka rosną, to urośnie również wartość jego tokena. Jeśli jednak nie będzie on dbał o interesy swoich “tokenariuszy” i utraci zaufanie, to wartość jego tokenów spadnie – bo token zawsze wycenia zaufanie rynku do projektu, osoby czy idei. W ten sposób kapitał będzie płynął od ludzi tracących zaufanie to ludzi godnych zaufania, dając wyborcom możliwość dynamicznego dostosowania się do aktualnej sytuacji politycznej.” 

Oczywiście takie rozwiązanie wymagałoby zmian w polskim prawie. Możliwe jednak, że taka będzie jednak przyszłość finansowania partii politycznych i ich reprezentantów i któryś z polskich polityków wyemituje swój token…