Kryptowaluty i technologia blockchain są nadspodziewanie często porównywane
do Internetu. Nie wspominając już nawet o bańce dot-comów, która do dziś a)
wywołuje miłe skojarzenia, b) mrozi krew w żyłach (niepotrzebne skreślić) u
starszych stażem inwestorów. Czy jednak te porównania są w ogóle słuszne? Na
to pytanie postaram się odpowiedzieć w poniższym artykule. Podpowiem:
spodziewajcie się niespodziewanych wniosków!

Narodziny osobliwości

Irytuje cię to jak temat Bitcoina spłycają media głównego nurtu? Tłumaczą istotę
kryptowaluty tak jakby kompletnie jej nie rozumiały… Tak, wiem, jakie to
frustrujące. Tyle że to nic nowego! Mainstream rzadko wcześnie zaczyna
rozumieć geniusz nowych technologii. Dowód? Proszę bardzo!
Rok 1994 był na tyle dawno, że wielu z nas słabo go pamięta, a niektórych w
ogóle nie było jeszcze na świecie. Amerykańska telewizja emitowała wtedy
program Today. Pewnego pięknego dnia jego prowadzący – Bryant Gumbel –
nieświadomie przeszedł do historii zabawnych anegdot. Próbował w programie
na żywo przeczytać adres e-mail NBC. Ktoś z zajawką do nowinek
technologicznych w stacji wpadł na pomysł, by utworzyć coś takiego.
Zdezorientowany prowadzący – nie wiedząc w ogóle, z czym je się ów tajemniczy
e-mail – odwrócił głowę od telepromptera i zapytał zespołu technicznego: „czy
Internet to coś, do czego można napisać list?”. Tak, to naprawdę miało miejsce.
Sześć lat później każdy wiedział, czym jest owa tajemnicza sieć. Mało tego, ludzie
zarabiali na nowej technologii pieniądze.

Skąd wziął się Internet? Podobnie jak z blockchainem i Bitcoinem, był wynikiem
lat poszukiwań. Jeszcze pod koniec lat 60. dwóch psychologów J.C.R. Licklider i
Robert W. Taylor napisali, że w ciągu kilku lat ludzie będą komunikować się ze
sobą za pomocą urządzeń nawet skuteczniej niż metodą „twarzą w twarz”. W
artykule naukowym opisali Międzygalaktyczną Sieć Komputerową (tak, to
oryginalna nazwa ich „wynalazku” i nie, nie wiem, czy byli fanami emitowanego
już wtedy „Star Treka”).

Zaskoczeni, że ktoś już wtedy myślał o czymś takim? To jeszcze nic. Samo
określenie „bit” pochodzi od „binary digit”, które użyto już w 1948 r. Bit był z
definicji ostatnią możliwą jednostką danych.

Powróćmy jeszcze do Licklidera i Taylora. Obaj panowie pracowali w Advanced
Research Projects Agency (czyli w – używając seksownego skrótu – ARPA) w
Pentagonie. Była to jednostka badawcza, której głównym celem było
wynalezienie takich technologii, które mogłyby pomóc dokopać Sowietom. Tak,
geneza Internetu to zimna wojna i badania dla rządu. Jakże to dalekie od
oddolnej inicjatywy, jaką był Bitcoin!

29 października 1969 r. wystartował ARPANET – pierwsza sieć komputerów. Choć
nazywanie tego siecią było wtedy przesadą. Połączono dwa komputery, które
znalazły się 35 mil od siebie. Bity informacji, które przesłano z jego urządzenia na
drugie, rozbito na pakiety. Miano przesłać jako wiadomość słowo „LOGIN”.
System jednak padł i przeszło tylko „LO”. Mimo wszystko uznano to za wielki
sukces i wydarzenie historyczne o takim znaczeniu jak pierwsza transakcja, jaką
dokonał Satoshi Nakamoto. I mimo wszystko – była to końcówka lat 60.

Rozwój

Następnie nastąpił dość dynamiczny rozwój sieci. W ciągu dwóch lat ARPANET
połączył ze sobą piętnaście laboratoriów komputerowych w różnych
uniwersytetach. W 1973 r. sieć przekroczyła granice. Przyłączono do niej
urządzenia z Norwegii, które śledziły trzęsienia ziemi.

Kolejny etap to era decentralizacji. Zaczęło powstawać całkiem sporo sieci
komputerowych, ale nie były one zintegrowane w jedną. Na scenę dziarskim
krokiem wkroczył jednak on – Vint Cerf.

Cerf jest Satoshim tej historii. To on jest „ojcem Internetu”. Opracował protokół
TCP/IP, co pomogło w regulowaniu przesyłania danych w rozrastającej się sieci.
Ten protokół do obecnej chwili stanowi szkielet Internetu.

Twoje ulubione filmy SF

Cerf pracował niedługo potem w ARPANET. W tym czasie sieć nadal miała być
czymś służącym naukowcom i wojskowym. Pewnego dnia nasz bohater zobaczył
jednak w swojej skrzynce mailowej (tak, wymieniano się już informacjami za
pomocą maili) wiadomość pt. „SF-lovers”. Jakiś dowcipniś wysłał ją do wszystkich
pracowników ARPA i pytał w niej o… ulubionych pisarzy SF. Cerf ponoć poczuł
wtedy olśnienie. Internet może być siecią społecznościową! Po serii maili o
książkach SF, przyszła kolej na ulubione knajpki, itd. (zaczęliśmy więc, jak widać
dość ambitnie, więc trochę przerażające jest to, że dziś wymieniamy się jednak
fotomontażami swoich zdjęć z doklejonymi uszami i językiem psa, prawda?). Był
rok 1979. Choć wojsko kręciło trochę nosem na dziecinne listy mailingowe
naukowców, Cerf przekonał zarząd projektu, że tego typu inicjatywy pomagają
testować samą sieć.

W 1980 r. ARPANET miał już 5000 użytkowników, ale nadal zgrupowanych w
instytucjach. Wtedy jego dedykowany właściciel – wojsko – uznał, że rozrósł się
zbytnio, jak na jego potrzeby. Sieć podzielono na ARPANET – społeczny i
chaotyczny projekt badawczy (czyli w skrócie: zobaczymy, co z tego będzie) – i
MILNET (system dla wojska, które miało nadzieję, że tym razem nikt nie zepsuje
już jego poważnego narzędzia do pokonania komunistów ponownym spamem o
ulubionej rasie psa!).

W 1987 r. ulepszony model sieci o nazwie NSFNET miał już 28 000 użytkowników.
I wtedy zaczęła narastać lawina. Dwa lata później, gdy świat obalał komunizm,
korzystało z niej już 160 000 userów. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze
„hipertekstowego języka znaczników” – HTML – i protokołu przesyłania
dokumentów hipertekstowych – HTTP. Internet mógł iść na podbój świata.

Świat kocha Internet

 

W 1. połowie lat 90. doszło do swoistej prywatyzacji sieci. Zniesiono zakaz
wykorzystania jej w celach komercyjnych. W 1995 r. zamknięto NSFNET. Powstał
Internet, jaki znamy.

W 1990 r. internautów było już ok. 3 mln. Pięć lat później – 16 mln. Pod koniec XX
w. – 360 mln. Dziś nikt nie wyobraża już sobie życia bez Internetu.

Do tego wszystkiego w tle doszła bańka dot-comów – firm, które zajmowały się
nową technologią. Świat oszalał na punkcie nowej technologii…

Bitcoin a Internet

Zastanówmy się teraz, w którym miejscu jest blockchain. Niemal od swojego
powstania – zgodnie z intencją swojego twórcy – stał się czymś w pełni
zdecentralizowanym. Można uznać, że pod tym kątem był od razu w latach 90.
Internetu.

Dziś technologia blockchain to też zarazem wiele blockchainów. Tak jak kiedyś na
rynku było wiele niezależnych sieci komputerowych. Czy ulegnie to zmianie i w
przyszłości powstanie jeden wielki, wielozadaniowy BLOCKCHAIN? To kolejne
pytanie do ekspertów.

Zabawne jest też to, że blockchain i kryptowaluty mogą pochwalić się już swoją
„listą mailingową SF-lovers”. Zabawa CryptoKitties w 2017 r. była tak popularna,
że zapchała nawet sieć Ethereum. To jednak przykład na to, że najlepszym
sposobem na masową adopcję jest… rozrywka.

Co jednak z liczbą użytkowników, czyli faktyczną popularnością wynalazku? Pod
koniec 2018 roku Cambridge Center for Alternative Finance spekulowało, że
może być ich 35 mln. Rok wcześniej miało ich być 18 mln. To podwójny skok,
zakładając, że wyliczenia naukowców są trafne. W rzeczywistości fanów
kryptowalut może być znacznie mniej. W każdym razie tym liczbom daleko do
wysypu internautów z końca XX w.

Czy więc blockchain podąża drogą Internetu? I tak, i nie. Jak widać, ekspansja
nowej technologii zachodzi szybciej. Zaledwie dekadę od jej powstania słyszało o
niej wiele osób. Korzysta – nadal mało, ale liczba ta rośnie. Sieć bloków – a
dokładnie kryptowaluty – szybko została skomercjalizowana, na który to etap
Internet czekał znacznie dłużej. Pod tym kątem daleko nam jednak z drugiej
strony do internetowego szału z końca XX w., gdy każdy niemal walczył o miejsce
w kafejce internetowej, a posiadanie stałego łącza w domu było marzeniem. Czy
tę samą drogę przejdzie blockchain?

Czy najlepsze jest więc przed nami? Wiele na to wskazuje! Nie traktujcie jednak
tego jako porady inwestycyjnej 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here