Często na łamach Cyfrowej Ekonomii piszę o tym, jak Blockchain i kryptowaluty mogą zmienić (albo już zmieniają) nasz świat. Dziś przyjrzyjmy się jednak temu, jak cyfrowe waluty mogą zmienić ekonomiczną przyszłość Polski, analizując jednak najpierw przeszłość naszego kraju. Gotowi na podróż w czasie? Zapnijcie pasy!

Często w rozmowach ze znajomymi odnosicie wrażenie, że niespecjalnie wiedzą, jak powstaje pieniądz? Ich ogólna wiedza na temat ekonomii – delikatnie mówiąc – nie powala? Cóż, sam niedawno odkryłem, że wielu ludzi uważa, że problem inflacji to kwestia XX w. Otóż nie! Monety psuto (i to w naszym kraju) od wieków! Zacznijmy jednak od początku.

Mieszko I Emitent

Na nudnych lekcjach historii zapewne poznaliście Mieszka I. Historycy uznają go za pierwszego władcę Polski. Z pewnością Mieszko był księciem mądrym i dosyć dobrze rozumiejącym współczesne mu realia. Wprowadził swoje państewko w obszar kultury europejskiej, zaś w 980 r. wyemitował pierwszą polską monetę – srebrnego denara. Zapotrzebowanie na nową jednostkę płatniczą nie było chyba oszałamiające, gdyż w obiegu znalazło się tylko ok. 15 tys. monet, a ich łączna waga wynosiła 22 kg srebra. Nawet przeciętny klient siłowni zrozumie, że kapitalizacja rynku nie była wtedy duża.

Może zresztą większa emisja byłaby możliwa, ponieważ srebra na ówczesnych ziemiach polskich nie brakowało (nasi przodkowi trudnili się bowiem handlem niewolnikami, co mogło przynosić spore zyski), chodziło jednak o coś innego. Prawo do bicia monet miał tylko władca. Nadal więc często w transakcjach posługiwano się zbożem czy bursztynem.

Bolesław I Złoty

Syn Mieszka I, Bolesław Chrobry, powinien mieć inny przydomek w naszym poczcie władców Polski. To on w końcu przywiózł na nasze ziemie odpowiednio dużo złota oraz srebra i tym samym rozruszał ówczesną gospodarkę. Jak tego dokonał? Cóż, nie chodziło o nic w tamtych czasach odkrywczego. Jego hobby stanowiły podboje i ataki na sąsiadów. W ich wyniku przywiózł ze sobą ok. 120 kg srebra, z czego wybił 80 tys. sztuk nowych monet. W obiegu pojawiły się też złote monety, które zaczęły być potrzebne ze względu na rosnącą liczbę mieszkańców.

Niestety Bolesław był może i dobrym wojownikiem, ale chyba mniej znał się na ekonomii. Dlatego powoli zaczynał oszukiwać swoich poddanych w kwestii wybijanych monet. Podstawową jednostką była wtedy grzywna, która wynosiła 200-250 g. Archeolodzy odnajdują jednak monety mniej więcej z tego okresu, w których srebra było mniej. Nie był to jednak proceder na tyle silny, by wywołać silną inflację. Zjawisko z czasem przybrało jednak na intensywności.

Inflacja

Zjawisko inflacji dotykało jednak średniowiecznych rycerzy i chłopów. Znajdywane są np. monety z obrzynanymi brzegami. Z owych obciętych fragmentów starano się zapewne potem wytapiać nowe jednostki płatnicze. Tego typu psuciem pieniędzy trudniły się raczej osoby prywatne, które potem emitowały podrabiane monety, a nie władcy. Ci drudzy surowo karali zresztą fałszerzy. Każdy oszust był „nagradzany” bowiem wlaniem mu do gardła gorącego ołowiu. Ta niezbyt przyjemną degustacja nie odstraszała jednak przed dalszym fałszowaniem monet, co wiemy z odkryć archeologicznych.

Mieszko III Psuj

Który książę w naszych dziejach zdecydowanie przesadził z psuciem monety jako pierwszy? Był nim Mieszko III Stary.  Żył w dość szczególnym okresie. Jego ojciec, Bolesław Krzywousty, podzielił kraj na dzielnice, czyli małe państewka. W każdej z nich rządził inny jego syn, a najstarszy z nich władał w tzw. dzielnicy senioralnej. Oczywiście, panowie nie potrafili żyć w zgodzie i szybko zaczęli walczyć o pozycję seniora. Mieszko miał pewne sukcesu w tej dziedzinie, zasiadł nawet na tronie w Krakowie i dobrał się do książęcej mennicy. Efekt? W 1173 r. z jednej grzywny srebra produkowano ok. 700 monet. Po czterech latach już ponad 1300. Monety były tak cienkie, że stempel dało się na nich nabić tylko z jednej strony! Ówcześni poddani nie należeli jednak do zbyt pokornych i obalili księcia. Powinno być to dobrą lekcją dla jego następców. Niestety tak się nie stało…

Decentralizacja

Nie wszystko związane z rozbiciem dzielnicowym miało jednak złe skutki. W XIII w. istniało na polskich ziemiach aż siedem mennic (w Gnieźnie, Kaliszu, Płocku, Inowrocławiu, zwykłym Wrocławiu, Poznaniu i Sandomierzu). Przywilej bicia własnych monet otrzymały też klasztory i arcybiskupstwa ze Słupska, Nysy, Żnina, Łowicza, Lubiąża, Krobi i Otmuchowa. By było tego mało – także możni mogli emitować swoje pieniądze. Warunkiem było ograniczenie ich obiegu tylko do ich ziem.

Jaki był efekt? Zaskakujący! Decentralizacja monet utrudniała ich psucie. A mówiąc inaczej – konkurencja, jaka powstała na średniowiecznym rynku, doprowadziła, że lokalni władcy dbali o własne waluty. Gdyby któryś z nich próbował jakichkolwiek manipulacji, groziło mu to, że jego poddani mogliby zacząć korzystać z monet ościennych państewek. Nie wspominając o detronizacji.

…i znowu inflacja

W XIV w. doszło do ponownego zjednoczenia ziem polskich pod berłem Władysława Łokietka. Tym samym ponownie scentralizowano walutę. Niestety ponownie zaczęto też ją psuć. W latach 1315-1316 jeden denar zawierał 0,3 grama srebra. Po czterech latach już 0,19 grama, zaś w 1330 r. tylko 0,11 g. Proceder ten kontynuował Kazimierz Wielki, który choć zapisał się w historii jako jeden najwybitniejszych władców, nie mógł oprzeć się pokusie psucia waluty.

CDN.