Dotychczas zastanawialiśmy się wspólnie, jak Blockchain czy inne nowoczesne technologie zmienią poszczególne aspekty naszego życia. Dziś postaramy się odpowiedzieć na inne ważne pytanie. Kto bowiem może stracić na wdrożeniu owych innowacji? Kto zaś zyskać? I dlaczego jedne kraje szybko otwierają się na nowinki technologiczne, zaś inne robią to z opóźnieniem?

Postęp i innowacje od wieków wcale nie mają tak wielu zwolenników zarówno w społeczeństwie, ale też w sferach rządzących krajami, jak nierzadko próbuje się nam wmówić. Przykłady? Cofnijmy się o wiele lat wstecz.

Co łączy starożytnych Rzymian z królową angielską?

Wyobraźcie sobie, że jesteście w I w. n.e. W Cesarstwie Rzymskim rządzi Tyberiusz. Nie zapisał się na kartach historii jako wybitnie miły człowiek. Ponoć był zamieszany w zabójstwo swojego bratanka, lubił kąpiele z małymi chłopcami i nie cieszył się też popularnością wśród elit Rzymu. Do tego nie był chyba największym fanem postępu. Skąd to wiemy? Otóż, kiedyś zgłosił się do niego człowiek, który wynalazł nietłukące szkło. Każdy, kto nałogowo tłucze naczynia w czasie ich mycia (w tym niżej podpisany) wie, jakim wspaniałym jest to wynalazkiem. Mężczyzna z pewnością idąc do swojego cesarza liczył na nagrodę. Oczyma wyobraźni widział się już w nowym modeli lektyki lub w nowej willi otoczonym przez młode niewolnice. Tyberiusz po wysłuchaniu opowieści o wynalazku (a może i obejrzeniu go) brutalnie pozbawił naszego bohatera złudzeń. Zresztą nie tylko złudzeń. Kazał go bowiem… zabić!

Minęło parę dekad i władze objął Wespazjan. Także do niego zgłosił się zdolny inżynier. Pewien rzymski obywatel wymyślił sposób, jak niewielkim kosztem transportować ciężkie i trudne do przemieszczania kolumny. Ówczesny sposób wymagał bowiem pracy tysięcy ludzi i był dla samego państwa bardzo kosztowny. Cesarz nie zgładził swojego pomysłowego poddanego. Zaniepokoił się jednak jego ideą modernizacji pracy. „A jakże ja mam inaczej nakarmić lud?” – zapytał ponoć Wespazjan. Widać na tym przykładzie, że władza centralna bała się utraty stanowisk pracy dla osób zatrudnionych przy czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy robotami publicznymi.

Przenieśmy się jednak o szesnaście wieków do przodu. Królowa angielska Elżbieta I wydała w latach 80. XVI w. nakaz, zgodnie z którym jej poddane mogły nosić na głowach tylko dziergane czepki. Popyt rodzi więc przedsiębiorczość i innowację. W 1589 r. William Lee ukończył prace nad „ramą pończosznicą”, maszyną dziewiarską, która mogła zrewolucjonizować rynek dzierganych ubrań. Wynalazek był na tyle ciekawy, że zainteresował się nim choćby wpływowy na dworze królewskim Henry Carey. Zaintrygowany podzielił się swoim entuzjazmem z Elżbietą I. Władczyni w końcu zgodziła się też zobaczyć urządzenie. Jeśli liczycie na happy end i na to, że Lee został potem potentatem odzieżowym, czeka was zawód. „Zważ, waszmość, co pański wynalazek znaczyłby dla moich biednych poddanych. Doprowadziłby ich do ruiny, uczynił z nich żebraków, pozbawiając zajęcia” – zrobiła mu ponoć wyrzut królowa. Wynalazca nie poddał się jednak. Pokazał potem swoją „ramę” we Francji. Efekt? Odmowa. Po jego śmierci w 1614 r. jego brat James  pokazał przyrząd Jakubowi I, następcy Elżbiety I. Okazało się jednak, że tylko po to, by usłyszeć „nie”.

Postęp? Nie, dziękujemy!

Dlaczego o tym piszę? Otóż, jak widzieliście, władcy od niemal początków istnienia naszej cywilizacji obawiali się innowacji, nowych wynalazków, a nawet wdrażania technologii, które na tyle zmieniały rynek pracy, że mogłyby pozbawić zajęcia spore grono ludzi. Okrutny Tyberiusz wolał zabić człowieka, który wymyślił nietłukące się szkło. Bał się, że ten zniszczy rynek wyrobów ceramicznych i szklanych (w końcu mógł pomyśleć, że po nasyceniu się rynku szklanymi i nietłukącymi się naczyniami masa wytwórców talerzy starego typu popadnie w ruinę)? A może – jak chcą inni – obawiał się, że materiał zastąpi złoto o srebro, co mogłoby doprowadzić do ruiny nawet władcę? Wespazjan obawiał się wzrostu bezrobocia i ewentualnego buntu poddanych? Elżbieta I mogła myśleć podobnie…

Dlaczego tak dzieje się także dzisiaj? Może we współczesnych elitach (o ile dobrze znają one historię) pozostało wspomnienie o luddystach, czyli radykalnym ruchu społecznym z początków rewolucji przemysłowej. Na jego przedstawicieli składali się  głównie rzemieślnicy, tkacze czy chałupnicy, którzy na skutek pojawiania się maszyn stracili pracę. Żeby w pełni zrozumieć, jak działali, wystarczy przytoczyć los Johna Kaya, który wynalazł mechaniczne czółenko. Cóż, wybitnie podpadł luddystom, którzy ostatecznie… spalili mu dom. Podobnie „podziękowano” za skonstruowanie przędzarki Spinning Jenny Jamesowi Hargreavesowi. Czy kogoś jeszcze dziwi to, że Satoshi Nakamoto nie chce się ujawnić?

Luddyści nie mieli jednak władzy politycznej. Nie mogli zdziałać więcej. Co innego krajowe elity. Rewolucja Przemysłowa została stłamszona w Austro-Węgrach czy w Rosji, gdzie panowały monarchie absolutne. Nie muszę dodać, że innowacji nie udało się powstrzymać i kraje te – w wyniku decyzji ich władców – zostały gospodarczo w tyle za pozostałą częścią świata. Musiały potem próbować dogonić choćby Anglię.

Po co nam rozwój?

Rewolucje technologiczne mają to do siebie, że wprowadzają na rynek wiele nowych urządzeń czy technik pracy. Powodują rozwój gospodarczy, który łączy się z dalszym udoskonaleniem nowoczesnych maszyn czy technologii. Kto na tym zyskuje? Z pewnością ludzie kreatywni, wykształceni i szerzej patrzący na rzeczywistość. Nie bojący się inwestować i ryzykować. Kto traci? Ci, którzy nie chcą – bądź nie mogą – się rozwijać. Dawne elity, które bogaciły się i umacniały swoją pozycję ekonomiczno-polityczną dzięki staremu systemowi gospodarczemu.

Dlaczego niektóre grupy obawiają innowacji? Spójrzmy na ten problem ponownie w kontekście historycznym. W ustroju absolutystycznym czy oligarchicznym elity mogą tak wykorzystywać swoją władzę polityczną, by ustanawiać takiego typu organy polityczno-gospodarcze, które będą ugruntowywały ich pozycje. Nie będą więc zainteresowane wprowadzaniem bardziej pluralistycznych rozwiązań (a takie mogłyby wymóc na nich nowe elity powstałe w wyniku bogacenia się na rewolucjach technologicznych), które pozbawiłyby ich częściowo wpływów.

Totalitaryzm a kryptowaluty i Blockchain

Czy kogoś teraz dziwi, że w krajach totalitarnych, takich jak Korea Północna, funkcjonuje kontrola dostępu do Internetu? Wyklucza to obywateli tego kraju np. z rynku kryptowalut. Niedawno media podały informację o paru uciekinierach z Korei Płn. Pytani o waluty cyfrowe, nie wiedzieli, o co chodzi. Co jednak jeszcze ciekawsze, same służby tego państwa starały się ponoć w okresie od maja do lipca br. kopać kryptowaluty.

Jeszcze cztery lata temu rosyjskie Ministerstwo Finansów wystąpiło o pełny zakaz posługiwania się cyfrowymi walutami nawet pod groźbą kilku lat więzienia. W 2015 r. Roskomnadzor, instytucja odpowiedzialna za kontrolę mediów elektronicznych, zablokował strony dot. kryptowalut m.in. serwis Bitcoin.org. Dopiero w 2017 r. Rosja zaczęła otwierać się na Blockchaina i brać pod uwagę stworzenie KryptoRubla.

Do dziś Bitcoin i jego pochodne są zabronione w Iranie. Mimo tego, władze tego kraju zaczynają ponoć prace nad narodową kryptowalutą, która ma pomóc im w uniknięciu sankcji gospodarczych, jakie spotkały ten kraj ze strony USA.

Kiedy zrozumieją?

Jak widać na przykładzie Rosji, Iranu czy częściowo Korei Płn. władze tych państw także powoli otwierają się przed nowoczesnymi technologiami. W chwili obecnej może być im jednak trudno dogonić w kwestii fundamentów (rozumienia technologii, liczby bitomatów, specjalistów i firm na tym rynku) choćby USA. Kraje te popełniły więc ten sam błąd, co XIX-wieczna Rosja i Austro-Węgry. Tym samym straciły (może poza Rosją) swoją szansę na odegranie ważnej roli na międzynarodowym rynku Blockchain. Winą mogą zaś obarczyć tylko swoje elity, które wyraźnie niechętnie i z dystansem podchodzą do nowości.

Jak więc widać, na rewolucjach technologicznych korzystają głównie Ci, którzy pierwsi w nie wchodzą. I to oni ustanawiają nowe standardy na światowych rynkach i wpływają na rzeczywistość.